Fiordy Zachodnie – podróż przez Raudisandur i klify Latrabjarg

O naszej drodze do miejsca, gdzie kończą się wszystkie drogi na Islandii pisaliśmy w poprzednim artykule, koniecznie zerknijcie tutaj. My natomiast, następnego dnia z rana zajadając się jakże nieromantycznym do okoliczności natury śniadaniem, bo chlebem z pasztetem, zaczęliśmy zastanawiać się, co dalej. Zostały nam dwa dni, więc nie za wiele, ale wystarczająco, żeby jeszcze coś zobaczyć. Zatem będzie o wciąż zachwycających Fiordach Zachodnich, a na końcu kilka słów o naszym wolontariacie na farmie owiec.

Popijając gorącą kawę, dość szybko podjęliśmy decyzję o powrocie tą samą drogą, którą przyjechaliśmy – przez Djupavik i dalej wschodnim wybrzeżem aż do początku drogi numer 61. I tutaj zamiast na południe, skąd przyjechaliśmy kilka dni wcześniej, postanowiliśmy skręcić na zachód Fiordów Zachodnich. Bardzo zależało nam na dojechaniu do najbardziej wysuniętego na zachód miejsca Europy – klifów Latrabjarg.

fiordy zachodnie

Tak po prawdzie, to nie mieliśmy większego wyjścia, co zdecydowanie skróciło czas naszej porannej dyskusji. :))) Fragment 60 pomiędzy Flókalundur a Fjallfoss (szutrowa droga wije się szczytem jednego z fiordów, zaraz obok najpiękniejszego wodospadu Dynjandi!) był nieprzejezdny z powodu dużej ilości śniegu, a na powrót tą samą trasą z kolei nie mieliśmy już czasu. Została nam zatem tylko 60 i 62 na południu Fiordów i tam też się skierowaliśmy. Zebraliśmy swoje graty, raz jeszcze rzuciliśmy spojrzenie na tonące we mgle skaliste klify nie tak odległego już Hornstrandir i wróciliśmy na znaną nam już drogę w kierunku Holmaviku.

fiordy zachodnie

Fiordy Zachodnie – na koniec świata i z powrotem

Wiele osób uważa odwiedzanie tych samych miejsc za czas stracony. Jednak czasami wystarczy chwila, żeby krajobraz zmienił się nie do poznania, pokazał swoje dotąd nieodkryte oblicze. Tak było i tym razem. Niby ta sama droga, którą jechaliśmy wczoraj, te same mijane krajobrazy – Djupavik, Holmavik, a wszystko zupełnie inne. Gęsta, mleczna mgła otulała szczyty gór, schodziła nisko w doliny i wąwozy, zacierała granicę między ziemią a niebem. Fale były głośniejsze i groźniejsze, ocean bardziej wzburzony, umilkł gdzieś ptasi wrzask. Chłonęliśmy mijane, nostalgiczne krajobrazy w prawie zupełnym milczeniu. I tak przejechaliśmy najbliższe 130 kilometrów aż dojechaliśmy do drogi numer 60. Tutaj, gdzie zaczynała się cywilizacja, słońce nieśmiało zaczęło wyglądać zza chmur, a my podążaliśmy jego śladem. Przynajmniej jakiś czas jeszcze. :)))

fiordy zachodnie

Drogą na najdalszy zachód – w stronę Latrabjarg

Dalej droga prowadziła nas, to wijąc się wybrzeżem, to wspinając się zygzakiem na szczyty, przekraczając kolejne fiordy, a każdy z nich oszałamiał surowym pięknem i zaskakiwał na każdym kilometrze. Moglibyśmy długo pisać o naszych zachwytach, moglibyśmy podzielić się dziesiątkami zdjęć z trasy, ale zostawiamy trochę do odkrycia dla Was, a poza tym wpis przeciągnąłby się niemiłosiernie. :)))

Niemniej, chcielibyśmy napisać o dwóch malowniczo położonych gorących źródłach, które znajdują się dosłownie przy drodze. Przez co za pierwszym razem znalezienie ich zajęło nam trochę czasu, bo w życiu nie uwierzylibyśmy, że mogą być NAPRAWDĘ przy drodze. Pierwsze z nich to Krosslaug wraz z małym basenikiem i przepięknym widokiem na góry i zatoczkę. Drugie to Hellulaug z widokiem mniej czarownym, ale wodą nieziemsko cieplutką i jak dla nas idealną. Obydwa zaznaczyliśmy na mapie na końcu wpisu – mamy nadzieję, że ułatwi to Wam szukanie.

fiordy zachodnie

10 kilometrów bezkresnej samotności, czyli rzecz o Raudisandur

Zanim dotarliśmy do celu naszej podróży, o którym pisaliśmy na wstępie, czyli klifów Latrabjarg, zatrzymaliśmy się w miejscu równie pięknym i niesamowitym i jedynym takim na całej Islandii – Czerwonej Plaży – Raudisandur. Do Raudisandur prowadzi kolejno, bardzo fajna, szutrowa droga 612, na którą zjechaliśmy z 62, a później, za wrakiem statku Gardar BA 64 (warto się zatrzymać!), droga 614. Wije się ona szczytem fiordu, a na samym końcu dość ostrymi serpentynami schodzi niemalże na samą plażę. Zjeżdżaliśmy w dół ostrożnie, droga jest mocno kamienista i bez żadnych barierek. Ale wszystkie niedogodności rekompensował oszałamiający widok na rozległą plażę i kontrastujący z nią szary ocean. Pamiętamy jak dziś, kiedy po raz pierwszy poznaliśmy Raudisandur. Było to latem, późno w nocy, ale słońce dopiero chyliło się ku zachodowi, malując wszystko w niesamowitych odcieniach różu i fioletu. Dzisiaj nie było tak epicko, brakowało nam tej gry światła słonecznego dnia, nasyconych słońcem kolorów, ale wciąż uważamy, że z tej perspektywy Raudisandur chyba zawsze najbardziej nam się podoba.

czerwona plaża
czerwona plaża
czerwona plaża
czerwona plaża

Wracając jednak do samej plaży – niech Was nie zmyli nazwa! Byliśmy na Raudisandur kilkakrotnie, o różnych porach dnia i roku. Przybierała różne kolory – od niesamowitego złota przy wczesnoporannym słońcu, pomarańczu podczas zachodu, ale nigdy nie pokazała nam się w czerwieniach. Tego dnia była w kolorze miodu, gdzieniegdzie wpadając w brąz i mimo, że jej kolor nie był tak spektakularny to jej ogrom i przestrzeń – oszałamiały. Szeroka, prawie 10-kilometrowa plaża ciągnęła się hen, hen daleko, w oddali widzieliśmy z jednej strony majaczące się klify Latrabjarg, a z drugiej pobliski fiord. Przechadzaliśmy się brzegiem oceanu godzinami, prócz nas i setek ptaków, byliśmy zupełnie sami.

Niestety dni w kwietniu nie są jeszcze tak długie jak podczas lata. Dość szybko się ściemniło i postanowiliśmy, że przenocujemy na pobliskim campingu. Pamiętaliśmy go z ostatniej naszej wyprawy, dobrze wyposażony w przepięknej lokalizacji, zaraz obok plaży. Okazało się jednak że, camping nie był jeszcze otwarty. Nie mieliśmy za bardzo wyboru, powrót tą samą drogą nie należał do najrozsądniejszych pomysłów, dlatego wróciliśmy w okolice małego placu, który mijaliśmy w drodze na camping. Miejsce wydawało się być niezłe na nocleg, osłonięte od wiatru z jednej strony. Nie do końca byliśmy pewni, czy to nie był czasem teren prywatny, ale w okolicy nie spotkaliśmy żywego ducha, więc i nie było kogo się pytać o pozwolenie. Zmęczeni po całym dniu, niemalże natychmiastowo zasnęliśmy. Nikt nas nie budził, nikt prawdopodobnie nawet nie zauważył naszej obecności.

latrabjarg
latrabjarg

3 tygodnie później – klify Latrabjarg

Woody Allen kiedyś powiedział: “jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość”. Pewnie pamiętacie, jak bardzo zależało nam na dojechaniu do klifów Latrabjarg. To one miały być naszym ostatnim celem tego wyjazdu, jego ukoronowaniem. A teraz wyobraźcie sobie nasze rozczarowanie, kiedy rano okazało się, że fragment drogi prowadzącej na klify jest nieprzejezdny. Zdążyliśmy już przywyknąć, że to natura dyktuje warunki, ale mimo wszystko, nie tak wyobrażaliśmy sobie ostatni dzień naszego wyjazdu.

latrabjarg
latrabjarg
latrabjarg
latrabjarg

Zostaliśmy zmuszeni do zmiany planów, ale poniekąd dzięki temu odkryliśmy nowe, przepiękne miejsce z gorącymi źródłami i basenem – spójrzcie niżej! Na Latrabjarg wróciliśmy trzy tygodnie później, a do tego jeszcze zostaliśmy wynagrodzeni, bo przyleciały już na Islandię pierwsze maskonury. Teraz wiemy, że nic się nie dzieje przez przyczyny i kiedy jedne drzwi się zamykają przed nami, inne stają otworem. Chociaż wtedy nie było nam za bardzo do śmiechu.

latrabjarg
latrabjarg

Kąpiel z widokiem na fiordy – Reykjafjardarlaug

Kontynuując jednak naszą, ówczesną podróż. Dalej ruszyliśmy w kierunku Patreksfjörður – malutkiego miasteczka w typowo islandzkim klimacie. Napisaliśmy, że malutkie, ale i tak chyba największe w tym regionie. Są w nim całe dwa sklepy, w tym jeden z niemalże 100% polską załogą. Jak później się dowiedzieliśmy, w Patreksfjörður mieszka bardzo wielu Polaków. Przyjechali tutaj głównie do pracy w pobliskiej przetwórni ryb, później ściągnęli swoje rodziny i zaaklimatyzowali się na tym odludnym krańcu Islandii. Znaleźliśmy też Vinbudin, czyli tutejszy sklep monopolowy, też jedyny w regionie. Skorzystaliśmy z okazji, zrobiliśmy zakupy, co też każdemu polecamy, bo nie wiadomo, kiedy nadarzy się okazja, odwiedziliśmy stację benzynową i ruszyliśmy dalej. :)))

fiordy zachodnie

Droga znów wspinała się na szczyt fiordu, dalej opadała i ciągnęła się wzdłuż brzegu zatoki. Pogodę mieliśmy wspaniałą, promienie słoneczne odbijały się w wodach zatoki, skrząc się i mieniąc kolorowo. Niebo miało przepiękny, głęboki odcień błękitu, który upiększały mknące po nim, białe i puchate jak baranki, chmury. Dawno już zapomnieliśmy o Latrabjarg, bo kiedy mija się takie krajobrazy nie można długo być smutnym. :)))

Kiedy mijaliśmy Bíldudalur było już dość późno i zaczęliśmy rozglądać się za miłym miejscem na noc. Zastanawialiśmy się nad campingiem przy Hellulaug i w zasadzie byliśmy na niego już zdecydowani, ale przy drodze trafiliśmy na Reykjafjardarlaug. Kilkanaście kilometrów za Bíldudalur znaleźliśmy wspaniale gorące źródła i basen geotermalny z najbardziej spektakularnym widokiem, jaki do tej pory odwiedziliśmy. Bez słów, wiedzieliśmy, że chcemy spędzić tutaj resztę dnia, rozkoszując się słońcem, błękitnym niebem i widokiem na wciąż ośnieżone fiordy w oddali. Zresztą, spójrzcie sami na zdjęcia. :)))

Nasza przygoda z owcami – miesiąc na islandzkiej farmie

Następnego dnia rano spakowaliśmy się i ruszyliśmy dalej. Do przejechania mieliśmy może kilkadziesiąt kilometrów. Nie spieszyliśmy się, cieszyliśmy się dniem i zastanawialiśmy się, co na nas czeka na farmie, do której zmierzaliśmy.

Ásgeira, właściciela Innri Múli, poznaliśmy na portalu workaway.info. Szukał pomocy przy swoim, całkiem pokaźnym, stadzie owiec, a my akurat dysponowaliśmy nadmiarową ilością wolnego czasu, więc pomyśleliśmy – dlaczego nie? Poza tym, zawsze chcieliśmy zobaczyć jak wygląda życie na islandzkiej farmie, więc długo się nie zastanawialiśmy. No i tym sposobem, pewnego ranka pojawiliśmy się u bramy Innri Múli – jednej z największych w regionie farmy owiec.

fiordy zachodnie

Pewnie wielu z Was zastanawia się, co tam robiliśmy i pewnie równie wielu zdziwi się, kiedy usłyszy odpowiedź. :))) Przez miesiąc pomagaliśmy owczym mamom wydać na świat potomstwo. Nie ukrywamy, że czasami było ciężko, zwłaszcza na początku. Nie mieliśmy absolutnie żadnego doświadczenia i wykształcenia w tej dziedzinie, wszystkiego nauczył nas Ásgeir wraz z bratem. Na początku nam asystowali, po kilku dniach zostawaliśmy już sami. Było wiele ciężkich chwil, nie zawsze było różowo, wiadomo – życie. Czasami ogarniało nas przygnębienie. Ale z drugiej strony, patrząc na setki małych owieczek, którym pomogliśmy przyjść na świat, przepełniała nas duma i satysfakcja. Na pewno, nigdy nie zapomnimy czasu spędzonego na farmie, z całą rodziną i przyjaciółmi Ásgeira, jego wspaniałej mamy, która codziennie gotowała nam pyszności (to dzięki niej polubiliśmy baraninę!) i wszystkich tych łez, zarówno radości, jak i smutku. No i to chyba tyle, podrzucamy Wam jeszcze na koniec mapkę z zaznaczonymi wszystkimi miejscami, które odwiedziliśmy. Do zobaczenia gdzieś na trasie!

fiordy zachodnie
fiordy zachodnie

Może Cię również zainteresować

Zostaw komentarz